
Jeśli masz chwilę i dostęp do Google Maps, zrób mały eksperyment. Wejdź na widok satelitarny dowolnego europejskiego miasta z prawdziwym średniowiecznym rodowodem – Wrocławia, Krakowa, Kolonii, cokolwiek. Odszukaj najstarsze kościoły romańskie i gotyckie. Teraz spójrz na ich orientację. Nie musisz być geodetą, żeby zauważyć coś dziwnego: prawie wszystkie leżą na tej samej osi. Prezbiterium – ta węższa, “ołtarzowa” część – konsekwentnie wskazuje na wschód. Jakby ktoś przed tysiącem lat rozmieścił te budowle według jednego, tajnego planu. Spisek? Prawie. Tylko że zupełnie jawny. Słowo, które mówi wszystko Zanim przejdziemy dalej, warto wyjaśnić jedno słowo, które dziś kojarzy się głównie z turystyką…

Przeczytałem tekst dr Bernarda Mallmanna i muszę przyznać: rzadko zdarza mi się zetknąć z artykułem, który tak sprawnie łączy teologiczny błąd z ciosem poniżej pasa. Zarzut antysemityzmu rzucony wobec teologii wypełnienia — nauki obecnej w Kościele od czasów apostolskich, obecnej u Ojców, u Doktorów, w definicjach soborowych — to nie jest analiza naukowa. To jest broń. I wypada zapytać wprost: dlaczego jej użycie ma zamknąć usta tym, którzy po prostu cytują List do Hebrajczyków? Czym jest teologia wypełnienia? Zacznijmy od podstaw, bo dr Mallmann zdaje się je traktować jako przeszkodę. Teologia wypełnienia (Erfüllungstheologie) głosi, że Stare Przymierze nie zostało przez…

Zacznijmy od słowa. Nie od teologii, nie od dokumentów soborowych — od jednego, konkretnego słowa, które wyrządziło muzyce kościelnej więcej szkody niż wszystkie gitary razem wzięte. To słowo brzmi: oprawa. Oprawa muzyczna liturgii. Oprawa muzyczna uroczystości. Oprawa muzyczna mszy świętej. Słyszymy to na co dzień i nikt nie protestuje, bo każdy wie, o co chodzi. Muzyka przyjdzie, zagra, zaśpiewa, wyjdzie. Ustawi się gdzieś z boku, nie będzie przeszkadzać, nie będzie trwać za długo, nie będzie wymagać skupienia. Ot, miłe tło, estetyczny akcent, rodzaj liturgicznego cateringu. Catering też ma swoją oprawę — serwetki złożone w łabędzie i kwiaty na stole. Nikomu nie…

Był rok 1884. Trzynastego października papież Leon XIII zakończył odprawianie Mszy świętej i trwał nieruchomo przy ołtarzu. Otoczenie zauważyło, że coś się dzieje — twarz papieża pobladła, wzrok zastygł w miejscu, jakby wpatrywał się w coś niewidzialnego dla innych. Ojciec Domenico Pechenino, naoczny świadek, opisał później wyraz twarzy Leona jako maskę trwogi i przerażenia. Gdy wizja minęła, papież w milczeniu uderzył dłonią w blat ołtarza, wstał i odszedł do swojego gabinetu. Po około pół godzinie wezwał sekretarza jednej z kongregacji i wręczył mu kartkę z gotowym tekstem modlitwy — bez skreśleń, bez poprawek — z poleceniem rozesłania jej do biskupów…

Najwyższy czas przyznać to oficjalnie: większość polskich kościołów ma tajnego patrona. Nie jest nim ani święty Jan Paweł II, ani Matka Boża Częstochowska, ani patron wyryty w kamiennym portalu nad wejściem. Prawdziwym patronem jest święty Pośpiech — i czas, byśmy przestali udawać, że jest inaczej. Postuluję, by we wszystkich świątyniach pod jego nieoficjalnym wezwaniem zawisł stosowny wizerunek. Nie portret — to byłoby zbyt dostojne słowo. Odpowiedni będzie szkic olejny namalowany szybkimi, niedbałymi pociągnięciami pędzla, bo malarzowi się spieszyło. Święty Pośpiech przedstawiony w biegu, z głową odwróconą ku zegarku, rozmyty — bo model ruszał się w trakcie pozowania. W tle: włączone…