Dusza jako emergencja mózgu? Kilka refleksji po wywiadzie z ks. Grygielem

Wysłuchałem z dużym zaciekawieniem rozmowy Macieja Kaweckiego z ks. Wojciechem Grygielem na kanale “This is IT“. Interesuję się na równi nauką i teologią, więc temat duszy jako “emergentnej właściwości mózgu” musiał przyciągnąć moją uwagę. Mam do tej rozmowy dodatkowy, osobisty sentyment — ks. Grygiela znam osobiście jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Poznaliśmy się, gdy on był klerykiem seminarium FSSP w Scranton, a ja studiowałem na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Tym bardziej chciałem posłuchać, dokąd zaprowadziła go od tamtego czasu droga intelektualna łącząca fizykę z teologią.

Czego zabrakło na starcie

Zanim przejdę do samej treści, muszę powiedzieć, co najbardziej mi zgrzytnęło metodologicznie: na początku rozmowy zabrakło prostej definicji, czym w ogóle jest “dusza”, o której będą dyskutować. Bez tego ustalenia rozmowa przeskakuje między przynajmniej trzema różnymi znaczeniami tego słowa — duszą jako zasadą życia, duszą jako funkcjami mentalnymi (świadomość, wolna wola) i duszą jako nieśmiertelnym podmiotem trwającym po śmierci. To rodzi realne zamieszanie, bo słuchacz nie wie, w którym sensie ksiądz akurat mówi o “emergencji”, a w którym o trwaniu po śmierci.

Nefesz i grecki aparat pojęciowy – tu Grygiel ma rację

Zacznijmy od tego, co w wywodzie księdza jest solidne. Analiza hebrajskiego “nefesz” jako oznaczenia człowieka w jego niepodzielnej całości, oraz wskazanie, że dopiero greckie tłumaczenie Septuaginty wprowadziło słowo “psyche” z całym platońskim bagażem dualizmu ciało-dusza, jest egzegetycznie trafna. To jednak nie jest żaden zarzut wobec doktryny katolickiej, a jedynie opis rozwoju objawienia w czasie. Zresztą sam ksiądz Grygiel, w innej rozmowie na tym samym kanale, przywoływał myśl kardynała Ratzingera, według której to właśnie kultura śródziemnomorska (grecka) wykształciła siatkę pojęciową zdolną wyrazić, kim jest Bóg jako Słowo — a więc Wcielenie nastąpiło w tym, a nie innym momencie historii, bo dopiero wtedy dojrzał odpowiedni aparat pojęciowy do przyjęcia tej prawdy. Dokładnie tak samo można powiedzieć o nauce o duszy — to, że Kościół posłużył się później kategoriami greckimi, nie znaczy, że sama prawda o duszy jest greckim naddatkiem, lecz że znalazła w grece odpowiedni język do wyrażenia tego, co było już zaszyte w Objawieniu.

Nieporozumienie wokół dokumentu z 1979 roku

Tu chcę zwrócić uwagę na konkretną nieścisłość, łatwą do zweryfikowania. Ksiądz Grygiel twierdzi, że list Kongregacji Nauki Wiary z 1979 roku “nie czyni żadnych zobowiązań ontologicznych” co do istnienia duszy. Otóż sam tekst tego dokumentu mówi wprost: Kościół przyjmuje istnienie po śmierci “elementu duchowego, obdarzonego świadomością i wolą”, a na oznaczenie tego elementu posługuje się właśnie pojęciem duszy. To jest realne twierdzenie o istnieniu czegoś konkretnego — nie tylko wygodna metafora pedagogiczna, jak sugeruje ksiądz. Dokument przestrzega jedynie przed nadmiernie wyobrażeniowym opisywaniem tego stanu, co jest czym innym niż powstrzymanie się od twierdzenia o samym istnieniu.

Gdzie zaczynają się problemy głębsze

Tu muszę zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które wymagają teologicznego sprostowania, i robię to z życzliwym dystansem, bez etykietowania księdza jakimikolwiek epitetami. Nauka o duszy nie jest jakąś marginalną opinią teologiczną, którą można swobodnie przeformułować — jest elementem powszechnego nauczania Kościoła, potwierdzonym uroczyście przez Sobór w Vienne (dusza jako forma substancjalna ciała) i Sobór Laterański V (nieśmiertelność duszy jako dogmat wiary). Nie musimy się sztywno trzymać scholastycznej terminologii — możemy ją ująć innym językiem filozoficznym — ale to, co pod tym pojęciem rozumiemy, musi zachować kilka konkretnych przymiotów: jednostkowość i niepodzielność, bezpośrednie stworzenie przez Boga dla każdego człowieka z osobna oraz zdolność przetrwania rozpadu ciała z zachowaniem tożsamości osobowej.

Gdy przykładamy te trzy kryteria do propozycji ks. Grygiela, wychodzą na wierzch realne trudności. Analogia duszy do grafitu i diamentu, powstających z tego samego węgla w zależności od wzorca organizacji, opisuje duszę jako czysty produkt materii, bez wskazania miejsca dla bezpośredniego aktu stwórczego Boga. Podobnie niefortunna wydaje mi się metafora, w której “neuronauki opróżniają klasyczne pojęcie duszy ze znaczeń” — takie sformułowanie sugeruje nieodwracalny proces wypierania teologii przez naukę, co może zaniepokoić przeciętnego wiernego bardziej niż same tezy filozoficzne. Sugestia, że przodkowie człowieka “uzyskiwali” duszę stopniowo, w sposób ciągły, a nie w jednym określonym momencie, koliduje z wymogiem jednostkowości duszy rozumnej. A jeśli świadomość jest tylko emergentną funkcją neuronów, to logicznie powinna ustać wraz z rozpadem tych neuronów po śmierci — ksiądz jednak chce zachować przekonanie o trwaniu świadomości po śmierci, powołując się na Hellerowską koncepcję “opuszczenia reżimu czasoprzestrzennego”, bez wyjaśnienia mechanizmu tego przetrwania — sam przyznaje, że to są “marne intuicje”.

Gdzie natomiast Grygiel nie mówi niczego kontrowersyjnego

Warto dla równowagi zaznaczyć, że nie wszystko w tej rozmowie jest problematyczne. Przypadek Phineasa Gage’a, którego uszkodzenie płata czołowego zmieniło osobowość, prowadzi księdza do wniosku, że trzeba redefiniować podejście do grzechu, bo osobie z uszkodzonym ośrodkiem kontroli zachowań trudno przypisać pełną winę moralną. To w istocie nie jest żadne novum sprzeczne z nauką Kościoła — teologia moralna od dawna uznaje okoliczności zmniejszające lub znoszące poczytalność czynów, np. w przypadku choroby psychicznej czy przymusu. Tutaj ksiądz raczej potwierdza empirycznie to, co Kościół od wieków uwzględnia w ocenie winy, niż wprowadza coś rewolucyjnego.

Kwestia roztropności

Na koniec chcę powiedzieć coś, co wydaje mi się ważniejsze niż sama treść merytoryczna. Ksiądz Grygiel w pewnym momencie rozmowy mówi, że pewnych rzeczy “nie powiedziałby z ambony” — stąd tytuł materiału. Ale nie widzę, żeby miał podobne opory przed powiedzeniem tego samego przed audytorium youtube, które jest setki, a może tysiące razy większe niż niedzielna ambona parafialna. To jest dla mnie clou problemu. Przeciętny wierny, który obejrzy ten materiał fragmentarycznie albo usłyszy o nim od znajomych, zapamięta prawdopodobnie jedną rzecz: “według księdza Grygiela dusza może nie istnieć”. Nie będzie świadomy subtelnych rozróżnień między trzema znaczeniami słowa “dusza”, nie zapamięta zastrzeżeń o dokumencie Kongregacji z 1979 roku, nie zapamięta niuansu między negacją terminu a negacją treści. Zapamięta uproszczony, wyrwany z kontekstu wniosek, który u jednych wywoła zamieszanie w wierze, a u innych — zgorszenie i oburzenie na kapłana. Rozmowy tego typu, prowadzone na takim poziomie spekulatywnym, wymagają chyba dużo większej rozwagi co do miejsca i formy ich prowadzenia, niż to, co zobaczyliśmy w tym materiale.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *