Kościół świętego Pośpiecha

Najwyższy czas przyznać to oficjalnie: większość polskich kościołów ma tajnego patrona. Nie jest nim ani święty Jan Paweł II, ani Matka Boża Częstochowska, ani patron wyryty w kamiennym portalu nad wejściem. Prawdziwym patronem jest święty Pośpiech — i czas, byśmy przestali udawać, że jest inaczej.

Postuluję, by we wszystkich świątyniach pod jego nieoficjalnym wezwaniem zawisł stosowny wizerunek. Nie portret — to byłoby zbyt dostojne słowo. Odpowiedni będzie szkic olejny namalowany szybkimi, niedbałymi pociągnięciami pędzla, bo malarzowi się spieszyło. Święty Pośpiech przedstawiony w biegu, z głową odwróconą ku zegarku, rozmyty — bo model ruszał się w trakcie pozowania. W tle: włączone żelazko i stygnące jajka na miękko, bo śniadanie czeka.

Dwanaście minut chwały

Kilkanaście lat temu miałem przyjemność nagrywać płytę z chorałem gregoriańskim poświęconą świętej Jadwidze Śląskiej. Działo się to w zespole Schola Gregoriana Silesiensis, prowadzonym przez śp. Roberta Pożarskiego — człowieka, który do liturgii podchodził z powagą i miłością, jakiej dziś coraz trudniej szukać. Nagrywaliśmy przez trzy późne wieczory w kościele świętych Piotra i Pawła na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu. Cisza, skupienie, mikrofony rozstawione na środku nawy, akcja.

Drugiego dnia, koło godziny dwudziestej drugiej, drzwi kościoła otworzyły się z impetem i wszedł ksiądz. Zdyszany, zdenerwowany, wyraźnie po długiej podróży. Wrócił właśnie z Niemiec i — jak oznajmił — musi pilnie odprawić mszę. Tu. Teraz. Uprzejmie wyjaśniliśmy, że nagranie było uzgodnione, że mikrofony są rozstawione, że nie ma mowy o przerwie. Po krótkiej wymianie zdań uzgodniliśmy jednak techniczną przerwę — na papierosa.

I wtedy wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło moją perspektywę na temat liturgicznej elastyczności. Ksiądz dosłownie dobiegł do ołtarza. Odkrył jeden róg czerwonego materiału, którym był przykryty. Zapalił jedną świecę. I odprawił mszę.

Dwanaście minut. Mierzyliśmy stoperem.

Nie piszę tego, by pogrążyć nieznajomego księdza, który pewnie już o tej historii nie pamięta. Piszę to dlatego, że ta scena okazała się nie patologią, lecz proroczym objawieniem. Dwunastominutowa msza z jedną świecą i odkrytym rogiem ołtarza to nie skandal. To benchmark. Cel, do którego — chcąc nie chcąc — zmierzamy wszyscy.

Dlatego proponuję: niech w rocznicę translacji relikwii świętego Pośpiecha we wszystkich kościołach pod jego wezwaniem odprawiane będą msze dwunastominutowe. Jako hołd. Jako uczciwe przyznanie się do tego, co już i tak się dzieje.

Pięćdziesiąt minut to za długo

Co roku, podczas kolędy, pozwalam sobie na sugestię. Uprzejmą, konkretną, popartą argumentami. Może by tak niedzielna suma była bardziej uroczysta? Częściej kadzidło. Śpiewana Ewangelia. Śpiewane Credo. Kanon Rzymski zamiast drugiej Modlitwy Eucharystycznej, tej najkrótszej, przeznaczonej na dni powszednie, ale używanej dziś jako domyślnej wszędzie i zawsze.

Odpowiedź jest każdego roku identyczna, jakby czytana z kartki: „Jest pan jedynym parafianinem, który ma takie oczekiwania. Wszyscy inni narzekają, że jest za długo.” Pięćdziesiąt minut — tyle trwa przeciętna msza niedzielna w mojej parafii — to już za długo. Wierni mają swoje sprawy. Dzieci. Obiad. Mecz.

Bardzo dobrze. Rozumiem. Ale proszę mi wyjaśnić jedną zagadkę.

Paradoks kazalnicy

Każdy ksiądz dysponuje narzędziem, które pozwala mu precyzyjnie regulować długość liturgii. Narzędzie to nazywa się kazanie. I o ile na śpiewane Credo, na kadzidło przy Ewangelii, na Kanon Rzymski nie ma czasu — o tyle kazanie potrafi trwać dwadzieścia, dwadzieścia pięć, a w wyjątkowo natchnionych przypadkach trzydzieści minut i nikomu to oficjalnie nie przeszkadza.

Od kilku miesięcy tworzę w ramach portalu katolicy.net pomoce homiletyczne dla kaznodziejów. Oznacza to, że każdej homilii słucham bardzo uważnie — nie tylko jako wierny, lecz również jako analityk i recenzent. I mogę postawić tezę, którą gotów jestem bronić publicznie: prawie każde kazanie można bez szkody dla treści odchudzić o jedną trzecią, jeśli nie o połowę.

Wystarczy wyciąć pobożne historyjki, które nigdy się nie wydarzyły. Wystarczy usunąć opowieści z życia księdza, które mają wzruszać, ale tylko wydłużają. Wystarczy pożegnać się z nawiązaniami do popkultury, które mają być „nowoczesne”, a są tylko nieporadne. I wystarczy wreszcie odciąć dygresje niemające żadnego związku z Liturgią Słowa danej niedzieli. Efekt? Krótsze, treściwsze, lepsze kazanie — i kilka minut, które można przeznaczyć na godne odprawienie liturgii.

Ale żaden z moich rozmówców podczas kolędy nigdy nie narzekał, że kazanie trwa za długo. Pięćdziesiąt minut całej mszy to za długo. Kazanie — proszę bardzo, niech leci.

Uroczystość bez liturgii

Jest jednak pewna klasa wydarzeń, podczas których upływ czasu przestaje być problemem. Odpusty. Pierwsze Komunie. Rocznice święceń kapłańskich. Imieniny proboszcza.

Na takich uroczystościach półtorej godziny leci bez mrugnięcia okiem. Skąd się bierze ten czas? Z przemówień. Z podziękowań. Z wierszyków recytowanych przez dzieci z pierwszych ławek. Z kwiatów wręczanych przy ołtarzu. Z okolicznościowych śpiewów ku czci solenizanta, które z liturgią nie mają nic wspólnego, ale nikt nie ośmieli się ich pominąć, bo byłoby to nieuprzejme.

A Kanon Rzymski? Bezwzględnie za długi. Na uroczystej mszy odpustowej trwającej dziewięćdziesiąt minut i tak trzeba użyć drugiej Modlitwy Eucharystycznej, żeby oszczędzić cztery minuty. Priorytety muszą być zachowane.

Liturgia jest więc za długa wtedy, gdy jest liturgią. Gdy przestaje być liturgią i staje się świecką imprezą ku czci z elementami mszalnymi w tle — nagle czas się rozciąga w nieskończoność i nikomu to nie przeszkadza. Ten mechanizm jest tak konsekwentny, tak powszechny i tak niezauważany, że zasługuje na osobne badanie socjologiczne. Albo przynajmniej na własne święto w kalendarzu liturgicznym.

Dokąd zmierzamy

Gdy dwunastominutowa msza stanie się normą — a jeśli trendy się utrzymają, to się stanie — logika pośpiechu nie zatrzyma się sama z siebie. Kolejnym krokiem będzie zastąpienie czytań mszalnych podaniem samych odnośników biblijnych: wierni poczytają sobie w domu, na spokojnie, bez presji czasu. Potem przyjdzie czas na skrócenie Modlitwy Eucharystycznej do samych słów konsekracji — w końcu po co te wszystkie wstawki? I wreszcie — nieuchronnie — samoobsługowa Komunia, bo kolejka przy szafarzu to strata czasu.

Jestem pewien, że nawet gdy wszystkie msze będą trwały dwanaście minut, znajdą się parafianie, którzy powiedzą, że to za długo. I jestem równie pewien, że znajdą się duszpasterze, którzy zamiast ich wychowywać i tłumaczyć, po co w ogóle przychodzimy do kościoła — po prostu im ulegną. Bo tak jest łatwiej. Bo konflikt jest nieprzyjemny. Bo plebania też potrzebuje spokoju.

Wychowanie wiernych do liturgii to jedno z najtrudniejszych zadań duszpasterskich. Ale jest to niezbędne zadanie do wykonania, a nie opcja do pominięcia.

Tymczasem edukacja liturgiczna w większości polskich parafii kończy się na tym, że ministrant wie, kiedy dzwonić dzwonkiem. Chyba, że raz na ruski rok zdarza się cud i ksiądz rozpoczyna Kanon Rzymski — wtedy ministranci stoją jak kołki w płocie i nie mają pojęcia co robić. Reszta wiernych może siedzieć, wstawać i klęczeć zgodnie z owczym instynktem, nie wiedząc dlaczego, co i po co. Przy takim przygotowaniu trudno się dziwić, że msza jawi się jako niezrozumiały rytuał, który najlepiej mieć za sobą jak najszybciej.

Czas odkryć karty

Dość hipokryzji. Dość corocznych rozmów podczas kolędy, po których nic się nie zmienia. Dość udawania, że problem leży w długości liturgii, skoro ten sam tłum bez mrugnięcia okiem wysiedzi półtorej godziny, jeśli tylko na ołtarzu pojawią się kwiaty i wierszykujące dzieci.

Święty Pośpiech rządzi polskimi parafiami. Jego kult jest żywy, prężny i nieoficjalny — co tylko dodaje mu uroku. Jego relikwie spoczywają w każdym kościelnym zegarze, w każdej wyrecytowanej prefacji, w każdej pominiętej antyfonie na wejście, w każdym wystawieniu Najświętszego Sakramentu bez okadzenia.

Obraz niech zawiśnie. Szkic olejny, szybkie pociągnięcia pędzla, rozmyta postać w biegu. W tle włączone żelazko i stygnące jajka na miękko. Pod spodem złota ramka i napis: Ora pro nobis.

Bo on i tak już się modli. Tylko szybko.

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Kościół świętego Pośpiecha”

  1. […] Dajczak, publicysta portalu katolicy.net, opublikował esej „Kościół świętego Pośpiecha” – satyryczny opis liturgicznego pospolitego ruszenia w polskich parafiach. Teza jest prosta: Msza […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *